Wstyd. Tylko w ten sposób można opisać postawę The Gunners w końcowych minutach starcia z Fulham. Do 85. minuty gry, prowadzili 1-0, lecz później dali sobie wbić dwie bramki i ostatecznie przegrali. Koszmarny obrót sprawy przyjęły po wyrzuceniu z boiska Johana Djourou, lecz cała formacja obronna Arsenalu w tym meczu nie spisywała się na miarę oczekiwań. Koniec końców, drużyna Wengera otrzymała tyle punktów, na ile zasłużyła - ani jednego.
Od początku meczu The Gunners skrupulatnie budowali sobie przewagę posiadania piłki. Stwarzali przy tym sytuacje bramkowe, których jednak nie zdołali wykorzystać ani Gervinho, ani Ramsey, ani van Persie. Brakowało tego, czego graczom Arsenalu brakuje od co najmniej kilku spotkań - precyzji.
Kiedy gospodarze zdołali otrząsnąć się po pierwszych atakach przeciwników i od nowa ustawić swoje szyki, gra zaczęła toczyć się szczególnie w środkowej strefie boiska. Dość często popełniano faule, szczególnie zaś robili to podopieczni Arsene'a Wengera. Imponujące zawody rozgrywali póki co Coquelin, Ramsey i Song.
Najjaśnieszy punkt defensywy Arsenalu - Laurent Koscielny pokusił się nawet o przepiękny rajd z piłką przez prawie całe boisko. Zdołał pokonać zdezorientowanych pomocników Fulham, niemniej jego podanie pozostawiało wiele do życzenia. Chyba lepiej by zrobił, decydując się na strzał.
W 21. minucie wreszcie padła pierwsza bramka. Piłkę w pole karne dośrodkował bardzo aktywny w tym spotkaniu Aaron Ramsey, a ta po lekkim rykoszecie, znalazła się w okolicy Laurenta Koscielny'ego. Reprezentant Francji bez najmniejszych problemów skierował ją do siatki, dając Kanonierom zasłużone prowadzenie.
Tuż po wznowieniu gry goście mogli podwyższyć prowadzenie. Najpierw świetnym strzałem popisał się kapitan walijskiej drużyny narodowej - grający z numerem 16. Ramsey, a potem piłkę dobić próbował Gervinho. Od obu panów jednak lepszym okazał się bramkarz Fulham - David Stockdale.
Ekipa Martina Jola znów odżyła. Jej motorem napędowym bez dwóch zdań był Bryan Ruiz, który momentami robił z obrońcami The Gunners, co tylko mu się podobało. Pech gospodarzy w parze solidną postawą Wojciecha Szczęsnego sprawiły, że Kanonierzy dowieźli prowadzenie do przerwy.
Ruiz był wyraźnie zmotywowany. Od pierwszego gwizdka po przerwie zaczął swoje szarże i niewiele brakowało, by dopiął swego. Po świetnej akcji, oddał jednak strzał wprost w bramkarza Arsenalu.
Kanonierzy najwyraźniej wyczuli zamiary rywali, bo zdecydowanie postarali się o uspokojenie boiskowej sytuacji oraz niedopuszczenie ich do jakichkolwiek szybkich ataków skrzydłami. Cóż, skrzydła Kanonierów po raz kolejny po prostu nie istniały. Grający bez pomysłu Walcott, próbujący przedryblować nawet samego siebie Gervinho... To wszystko było zbyt chaotyczne.
Minuty numer 65 oraz 68 przyprawiły wszystkich kibiców Arsenalu niemalże o zawał serca. Do bramki, strzeżonej przez Szczęsnego, najpierw o mało co nie wbił piłki głową Senderos, a później w identyczny sposób Dempsey. Szczęście, póki co było po stronie graczy w barwach czerwono-białych.
Ataki Fulham robiły się coraz poważniejsze, zaś The Gunners grali coraz mniej pewnie. Zespół z Emirates nie atakował już praktycznie wcale, za to wydawało się, że piłkarze Jola dostali dodatkowy zastrzyk energii. Doszło do tego, że w 78. minucie gry, po obejrzeniu drugiego żółtego kartonika, z boiska zejść musiał Johan Djourou. Szwajcar sfaulował tuż przed polem karnym Bobby'ego Zamorę. Właśnie tak rozpoczął się prawdziwy koszmar Kanonierów.
W 85. minucie gry, po rzucie rożnym, piłkę rozpaczliwie dosięgnął Wojciech Szczęsny. Zrobił to jednak bardzo niedokładnie, wszak zdołał ją ledwie musnąć palcami, w konsekwencji czego sięgnął ją głową Philippe Senderos. Bez problemów zagrał do lepiej ustawionego Steve'a Sidwella, a ten wyrównał rezultat!
Nie od dziś wiadomo, że The Gunners najzwyczajniej w świecie nie potrafią bronić się pod ogromnym naporem rywali. Pokazywali to chociaż rokrocznie na Nou Camp, pokazali i na Craven Cottage. W doliczonym czasie gry, gdy wydawało się już, że ten pojedynek zakończy się remisem, grający w trykocie Arsenalu Sebastien Squillaci pięknie podał piłkę do Bobby'ego Zamory. Ten zaś nie zastanawiał się. Kopnął futbolówkę z całych sił, natomiast zdezorientowany Szczęsny nawet nie zdążył zareagować. 2-1.
Do końca meczu wynik nie uległ zmianie. Choć częściowo można mieć pretensje do sędziego, który w pierwszej połowie popełnił kilka rażących błędów na niekorzyść Kanonierów, ostatecznie to oni są sami sobie winni za tę przegraną. Grając w 10, całkowicie cofnęli się do defensywy. Nie wyglądało to jednak tak, jak wygląda, podczas obecności Tomasa Vermaelena czy Bacary'ego Sagny. Rozpaczliwe wybijanie piłki zakończyło się klęską, totalną klęską. Trzeba otwarcie powiedzieć, że walczący do końca zawodnicy Fulham, zasłużenie zapisali na swoje konto komplet punktów.
Bramki:
Sidwell 85' (Senderos), Zamora 90+2' - Koscielny 21' (Ramsey)
Żółte kartki:
Djourou
Czerwone kartki:
Djourou
Fulham: Stockdale - Kelly, Hangeland, Senderos, Riise - Sidwell, Bryan Ruiz, Murphy (Frei 69') - Dempsey, Zamora, Dembele.
Ławka rezerwowych: Etheridge, Baird, Hughes, Gecov, Duff, Sa, Frei.
Arsenal: Szczęsny - Coquelin, Koscielny, Mertesacker, Djourou - Song, Arteta, Ramsey (Squillaci 81') - Walcott (Rosicky 65'), Gervinho (Benayoun 74'), Van Persie.
Ławka rezerwowych: Almunia, Squillaci, Miquel, Rosicky, Benayoun, Arshavin, Chamakh.










"Van Persie i Manchester City? To pytanie nie może istnieć, ponieważ nie można zakontraktować ot tak nikogo z obowiązującym kontraktem." 
















