Gdzie się podział nasz stary, dobry Arsenal? Gdzie jest pasja, zaangażowanie i piękno gry Kanonierów? Przemiana z wielkiego klubu w ligowego średniaka? Na to niestety wygląda. Po blamażu na San Siro, przyszła kolej na całkowicie zasłużoną porażkę na Stadionie Światła. Sunderland 2-0 Arsenal.
Przed pierwszym gwizdkiem sędziego zapowiadano, że mecz będzie opierał się o walce i wcale się nie pomylono. Szczególnie ostro grali gospodarze, co skończyło się dla przyjezdnych fatalnie - kontuzją kolejnego obrońcy, tym razem Francisa Coquelina. Poza nim, z murawy dość długo nie mogli się podnieść Aaron Ramsey i Alex Song, jednak oni byli w stanie kontynuować grę.
Po raz pierwszy naprawdę emocjonującą akcję obejrzeć mogliśmy dopiero w 28. minucie gry, kiedy to Gervinho wypracował sobie świetną okazję strzelecką. Co prawda jego strzał był nienaganny, ale Mignolet zdołał wybić piłkę na rzut rożny.
Drugą sprawą, o której mówiło się przed meczem, to... Kwestia arbitra głównego. Howard Webb i dziś "nie zawiódł", podejmując kilka kontrowersyjnych decyzji. Jedną z nich było niepodyktowanie rzutu karnego na korzyść Arsenalu po ewidentnym faulu Johna O'Shea na RvP.
Fatalnej gry w obronie The Gunners ciąg dalszy. Głupi faul Johana Djourou skończył się rzutem wolnym dla gospodarzy oraz żółtą kartką dla samego defensora. Gdyby skończyło się tylko na tym, wszystko byłoby w porządku. Kanonierzy jednak zupełnie zlekceważyli czyhającego tuż przed polem karnym Kierana Richardsa, który dopadł do bezpańskiej piłki i umieścił ją w bramce. Fabiański był przy tym strzale bez szans, albowiem futbolówka odbiła się jeszcze od Sebastiena Squllaciego i dość znacznie zmieniła swój tor lotu.
Do przerwy 1-0 dla gospodarzy. Co trzeba przyznać - zasłużone 1-0. Kanonierzy zupełnie zagubieni, bez pomysłu na grę. Niestety, w drugiej połowie nie było co liczyć na jakieś radykalne zmiany.
Być może to tylko złudzenie, lecz The Gunners wyglądali na pozbawionych wszelkiej nadziei. Nie pomagało im nic, naprawdę nic. Próbowali desperacko przeprowadzić jakiś skuteczny atak, ale obrona rywali spisywała się bardzo solidnie. Czas wciąż płynął, a oni byli coraz mniej zaangażowani w grę. W niektórych momentach gry może dałoby się wyróżnić najwyżej trzech piłkarzy z armatką na piersi, którzy walczyli. Reszta chyba już godziła się z przegraną.
Kwadrans przed końcem regulaminowego czasu gry, była szansa na wyrównanie. Piłkę dośrodował w pole karne Mikel Arteta i dopadł do niej Thomas Vermaelen, niemniej jego strzał głową był zbyt lekki, by zaskoczyć golkipera gospodarzy.
Robin van Persie chwilę później domagał się jedenastki, ponieważ był przytrzymywany przez piłkarzy Sunderlandu w polu karnym, ale gwizdek sędziego Howarda Webba milczał.
Ostateczny cios padł zaś w 77. minucie spotkania. Alex Chamberlain nie potrafił utrzymać się przy piłce, a to pozwoliło gospodarzom na wyprowadzenie szybkiej i jak się okazało, zabójczej kontry. Sessegnon podał do Larssona, a ten zdecydował się na uderzenie. Piłka odbiła się od słupka bramki, której strzegł Łukasz Fabiański i wróciła na boisko, ale niefortunnie nadział się nań wracający Alex Chamberlain, przez co wylądowała w siatce.
The Gunners nie mieli już ani sił, ani ochoty na ostatni zryw. 125. rocznica powstania Klubu coraz gorsza, szansa na kolejny (jedyny?) puchar stracona. Co dalej? Dokąd zmierza nasz Arsenal?
Bramki:
Richardson 40', Chamberlain (OG) 77'
Żółte kartki:
Cattermole, Larsson, Gardner - Sagna, Djourou, Vermaelen
Składy:
Sunderland: Mignolet - Bardsley O'Shea Turner Richardson - Larsson Gardner Cattermole Colback McClean - Sessegnon (Campbell 88')
Rezerwowi: Westwood, Bridge, Campbell, Ji, Meyler, Kyrgiakos, Elmohamady
Arsenal: Fabiański - Sagna, Djourou, Vermaelen, Coquelin (Squillaci10' (Rosicky 53')) - Arteta, Song, Ramsey (Walcott 53') - Oxlade-Chamberlain, Gervinho, Van Persie.
Rezerwowi: Szczęsny, Squillaci, Rosicky, Walcott, Arszawin, Benayoun, Chamakh










"Van Persie i Manchester City? To pytanie nie może istnieć, ponieważ nie można zakontraktować ot tak nikogo z obowiązującym kontraktem." 
















